Jechaliśmy
wśród lasu jeszcze ponad godzinę. Co jakiś czas patrzyłem stronę Vladimira, na
którego twarzy malowała się mina, jakby czymś się przejmował. Niewiele czasu go
znałem, ale z tego co pamiętam, to jedyne oprócz obojętności na twarzy co mu
się pojawiało było wyrazem gniewu. Nie będę ukrywał, że ja tez byłem nieco
przejęty tym co się działo. Wszystko nagle zaczęło się walić i gmatwać, a teraz
miałem się przekonać o co tak naprawdę tu chodzi. Wcześniej miałem jasność co
do sytuacji, ostatnio jednak to się zmieniło.
- To może powiesz gdzie jedziemy?
– zapytałem.
- Dobrze wiesz gdzie…
- Ale co tam będzie?
- Zobaczysz…
Nie
drążyłem dalej tematu, bo widziałem, że to i tak nie ma sensu. Czekałem
cierpliwie aż znajdziemy się na miejscu. Chciałem nieco przyśpieszyć czas,
poprzez zdrzemnięcie się, ale co zamknąłem oczy to Vladimir, mnie wybudzał. Nie
chciał, żebym zasnął i nawet nie wyjaśnił dlaczego.
Po
kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Podjechaliśmy pod szlaban. Vladimir
wyjął swoją plakietkę i przyłożył do jakiegoś słupa. Chwile przy nim
przytrzymał i szlaban uniósł się w górę. Obiekt do którego wjechaliśmy wydawał
się bardzo dobrze strzeżony. Otaczał go wysoki mur z drutem kolczastym na
górze. Przy wjeździe nie było jednak ani jednego strażnika.
Skręciliśmy
w prawo i jechaliśmy dalej między jakimiś budynkami. Co rusz mijaliśmy
uzbrojonych żołnierzy patrolujących teren. Było już ciemno i nie mogłem się im
przyjrzeć. Nikt nas nie zatrzymywał i jechaliśmy bez przystanków. Co to za
miejsce? Tyle wojska, ufortyfikowany ośrodek, my w przebraniu naukowców i fura
z USA. Nie potrafię tego połączyć w spójną całość. Pozostaje mi jedynie czekać
na to co się stanie.
- Dobra, wyłaź – powiedział Vladimir
kiedy dojechaliśmy na parking. – Chodź za mną i nic nie mów, póki nie powiem. Zrozumiał?
- Ta.
Wyszliśmy
z samochodu i udaliśmy się w stronę najbliższego budynku. Był ogromny, nawet
biorą pod uwagę wielkość tego całego kompleksu, po którym krążyliśmy z
piętnaście minut nim znaleźliśmy się tutaj. Weszliśmy do środka i udaliśmy się
korytarzem w prawo. Co chwila mijaliśmy ludzi ubranych podobnie do nas. Każdy z
nich przechodząc obok witał się z nami po angielsku. Raz mówili „good
morning" raz „hi” czy „hello”. Coś mi tu nie gra, nikt nawet nas nie
zatrzymał i nie zapytał kim jesteśmy. Szło gładko, a przecież byliśmy tutaj
intruzami. W końcu znaleźliśmy się na miejscu.
- Jesteśmy, zamknij drzwi.
Tak
też zrobiłem, po czym rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się
znaleźliśmy. Było bardzo długie, na oko jakieś dwieście metrów. Ściana przed
nami była wielkim oknem, za którym znajdowało się jakieś osiedle. Białe,
niedawno wyremontowane lub zbudowane domki. Pośród nich przechadzali się ludzie,
chyba nawet nie wiedzieli, że są obserwowani. Kiedy podszedłem bliżej,
zauważyłem, że to osiedle jest otoczone murem.
- Co to? – zapytałem zdziwiony.
- Chodź tu, sabaka! – krzyknął Vladimir,
który stał po drugiej stronie pokoju, przy jakimś komputerze. Kiedy podszedłem
bliżej kontynuował. – To komputer z danymi z badań tych psubratów! Poczytaj, a się
dowiesz co z tymi czałowiekami się djęłało.
Usiadłem
na krześle i zagłębiłem się w lekturze, a Vladimir stanął przy drzwiach na
czatach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz